Matka, czyli istota wielozadaniowa – rodzaj cyborga.

Z dnia na dzień bach! Pojawia się nowa istota i plan twoich zajęć w łeb strzelił. Teraz życie toczy się według zasad, które dyktuje najmłodszy uczestnik życia rodzinnego. Nic na to nie poradzisz, możesz jedynie nie pyskować i grzecznie dostosować się do nowo panujących reguł. Oczywiście nie oznacza to, że wymagania społeczeństwa w tym najbliższych, przeszły korzystną metamorfozę. Nic z tego – poprzeczka wisi tak wysoko jak wisiała. Po kilku tygodniach od premiery noworodka jesteś istotą wielozadaniową.
U mnie najgorzej było pożegnać się z łóżkiem. Całą ciążę gniłam o poranku oglądając tv śniadaniowe, jedząc i mając świadomość, że „nic będę robić”. Po tym jak w naszym życiu zawitał Stach, pobudki stały się wczesne i nagłe. Mojemu mózgowi sporo czasu zajęło przestawienie się w tryb mamuśki. Reakcja owszem była natychmiastowa, ale szare komórki nie jarzyły przez pierwsze kilka minut. Taka ze mnie była ameba.
Ciekawe jest to, ile uczysz się w ciągu tych pierwszych chwil z bobasem. Dla pierworódki, która do tej pory nie miała kontaktu z niemowlakami, nawet pierwsza zmiana pieluchy była wyzwaniem. Nie wspomnę już o kąpieli. Teraz na to wspomnienie człowiek puka się w czoło czekając, czy go echo nie zabije.
W każdym razie zmiany w naszym domu zaszły galante. Ja uwielbiam jak chałupa jest czysta. Nie muszę jeść z podłogi, ale powinno 20150410_094354być znośnie. Przed potomkiem, utrzymanie ładu przychodziło z łatwością. Nasza dwójka do ogarnięcia nie przyprawiała o zawrót głowy. Nawet jeśli wiązało się to z podnoszeniem męskich skarpet z podłogi, albo myciu 5 tysięcy kubków dziennie. Stach nie zaburzył równowagi bałaganu, bo dorzucił jedynie bomby czyt.pieluchy (przez tatusia pieszczotliwie zwane żabami) i górkę prania. Zrobił natomiast rewolucję w technice sprzątania. Bobas, co to wymaga uwagi non stop, nie rozumie, że mama jest w trakcie szorowania muszli klozetowej i byłoby fajnie, gdyby z paniką wstrzymał się jeszcze z 5 minut. Jeśli jesteś matką – nie ma wyjścia – sprzątasz jak chwilówka: szybko, niekoniecznie dobrze i na raty. Nadal pierzesz gacie, myjesz gary, w których wcześniej ugrzebałaś obiad i pielęgnujesz ognisko domowe. Tylko zaginasz czasoprzestrzeń, aby upchnąć te czynności podczas drzemek dziecia swego. Mój M. ma oczywiście swój czynny udział w sprzątaniu – wynosi śmieci, żeby nie było ;)
Po pewnym czasie zaczynają się tworzyć schematy. Ja już wiem, że jak jest ok.10:00, to mam 1o minut snu syna do zagospodarowania . I tu pojawia się trudny wybór: ogarnąć zmywarkę, czy pralkę? W dodatku w kobiecie włącza się tryb wielozadaniowy. Zaczęłam zauważać, że liczba wykonywanych przeze mnie czynności jednocześnie, z dnia na dzień rośnie. I tak np. z dzieckiem na ręku mieszam w garze, jednocześnie śpiewając mu durne piosenki, przyprawiając potrawę, wstawiając wodę na herbatę,a kiedy dzwoni telefon odbieram z niekłamanym : „No cześć. Nie, nic nie robię, możemy porozmawiać”. Zdarzają się oczywiście dni, kiedy syn chce być na pierwszym miejscu. Ja mam w domu syf z gilem , ale mały za nic w świecie nie da się oddalić matce na dłużej niż 3 sekundy. Nie śpi i domaga się uwagi. A na dokładkę, zjawia się po pracy Pan brudnego domu z hasłem w drzwiach :”Cześć kochanie, co na obiad”? Mam swoją tezę, dlaczego mężczyźni nas tak często nie mordują. Oni po prostu powolutku doprowadzają nas do obłędu, w nadziei, że same skoczymy z okna. Jak na złość w 90% przypadkach Stach po przekroczeniu progu przez tatę idzie spać. Ja zaś słyszę: „Czego ty chcesz. Mój grzeczny, kochany synek”…Idzie się pochlastać.

Z drugiej strony stawiam na systematyczność i faktycznie codzienny maraton na szmacie daje efekty. Mimo, że mam w domu malutkie dziecko, wiem, że niespodziewana wizyta nie będzie dla mnie powodem do zaczerwienienia. Dom jest w takim stanie, że nie trzeba przesuwać przedmiotów, aby przejść kilka metrów dalej.

Podsumowując Ty masz świadomość, że kiedy urodziłaś dziecko już  nic w twoim życiu nie jest i nie będzie takie jak wcześniej. Nie zmienia to faktu, że wymaga się, aby kobieta była „matką, żoną i kochanką”. Mama etat pełny: zmienianie pieluch, nocne pobudki, durne piosenki i uśmiech 24h. Żona, czyli gotowanie, sprzątanie, prasowanie, dbanie o chałupę i partnera. Kochanka: gotowa zawsze i wszędzie, najlepiej zawsze uczesana, umalowana i z zadbanymi paznokciami. Tylko ja się pytam, kiedy to wszystko pogodzić? Powolutku pracuje nad tym z różnymi efektami. I tak w jednym tygodniu mam pomalowane paznokcie i czysty dom, a w drugim makijaż i bałagan w kuchni. I jest fajnie jeśli mój M. zauważa nie tylko syf, ale od czasu do czasu chlapnie coś pod nosem, że ładnie wyglądam. Od razu chce się dla takiego sprzątać ;)

Zatem wysnuwam tezę, że rodzicielka, to istota wielozadaniowa, świetnie zorganizowana. Coś na kształt cyborga w ludzkiej skórze. Ciśnie mi się na usta dawno usłyszane porównanie: „Dobra kobita jest jak koło gospodyń wiejskich: śpiewa, sprząta, recytuje, daje d… i gotuje”. Sama się dziwię, że im dalej w matczyny las, tym te słowa stają się coraz bliższe mojemu sercu…