Zabobony, czyli ciocia wujka ze strony stryjenki powiedziała, że…

Kiedy w moim brzuchu pojawił się Bąbelek, w życiu nie spodziewałam się, że jednym z nowo obranych przez otoczenie celi, będzie1013524_753624841384016_7362869245256751949_n straszenie ciężarnej. Nigdy nie należałam do osób zabobonnych. Ilość ciekawostek, którą zostałam zalana jako przyszła mama, przeszła najśmielsze oczekiwania.
I tak, w pierwszym miesiącu, teściowa po ogarnięciu informacji, że będzie podwójną babcią, powtórzyła mi coś, czym wcześniej nakarmiło mnie kilka osób: „jak nie zdejmiesz tych łańcuszków do 3 miesiąca, to dziecko będzie owinięte pępowiną”. Zgłupiałam. Kolejna osoba wmawiała mi, że przez ukochany naszyjnik od przyjaciółki, moje dziecko może być zagrożone. Po powrocie do domu, potulnie zdjęłam biżuterię i z bólem serca schowałam do szuflady. 9 miesięcy później okazało się, że mój syn lubi się stroić i owinął się kilkukrotnie „koralami” w brzuchu mamy. Pomimo, że ta zapobiegawczo chodziła z gołą szyją. Pojawiła się świadomość, że jakbym nie zdjęła kartusza, to otoczenie natychmiast miałoby wytłumaczenie, dlaczego mój syn postanowił się poplątać. Niestety ten argument odebrała im szuflada, w której spoczywa naszyjnik czekając na lepsze czasy.
W późniejszych miesiącach, od kilku osób dowiedziałam się, że jestem w ciąży brzydka, a to zwiastuje dziewczynkę. Synu, jesteś pełnowartościowym facetem, mama i kilka innych osób widziało co nosisz pod pieluchą. Inni płeć wyczytywali na podstawie kształtu brzucha i doszukiwali się u mnie piegów. Już nie wspomnę o przestrogach związanych z łapaniem się za „piłeczkę” w chwilach paniki! No potrafią ludzie wywrócić świat do góry nogami. I mimo, że zdajesz sobie sprawę, że to bzdury, gdzieś w środku głowy huczy: „a może jednak…, a co jeśli?”. Jeden z zabobonów nawet udało mi się perfidnie wykorzystać. Kiedy byłam ciężarówką, byliśmy w trakcie remontu. Okazało się, że musimy dokupić część futryny, która za Chiny nie była nigdzie dostępna. Czas oczekiwania 2 miesiące. W jednym ze sklepów okazało się, że ją mają, ale będą montować na wystawce. Uzbrojona w brzuch stwierdziłam w obecności pracownika, że ten element jest nam niezbędny, a ciężarnym się nie odmawia. Ku memu zdziwieniu natychmiast posłuchał i oddał nam poprzeczkę :) , mówiąc, że jakoś to szefowi wytłumaczy.
20150122_140128Starano mi się wcisnąć również, że przed porodem nie powinnam nic kupować dla dziecka, bo to przynosi pecha. Na to nie poszłam. Kiedy w jednym z Kansasowskich sklepów rzucili śpiochy po 7 zł, bez wahania wylazłam z niego z dwiema reklamówkami. Co za człowiek bez serca zabrania kobiecie zakupów? Tych rewelacji ciążowo-zabobonnych było tyle, że wymienianie mogłoby zająć ze 3 wpisy…
Kiedy Stach przyszedł już na świat, dowiedziałam się,że pierwsze jego ubranko powinno pochodzić od dziecka, co to się dobrze „chowało”. Od razu spytałam, czy w szafie, czy może za wersalką, ale mój dowcip nie został podchwycony. Synu, twe pierwsze wdzianko kosztowało 7 zeta, była to nówka, sztuka nie śmigana, co to matka z wyżej wspomnianej reklamówki wygrzebała ci na start. Czyli jesteś zdany sam na siebie, a nie moc zaklętych, przechodzonych śpiochów – sorry.
Dowiedziałam się również, że nie powinnam całować Stacha gdy śpi, bo będzie miał koszmary. Widocznie mój syn lubi horrory, bo 20150220_161701uśmiecha się na każdego sprzedanego przez sen całusa, zarówno mamowego jak i tatowego.
Muszę wspomnieć również o jednej z naszych ulubionych rozrywek. Okazuje się, że codzienny rytuał sterczenia przed lustrem i strojenia głupich min, niesie ze sobą ludowe zagrożenie. Podczas chichrania się z matki, Staś w tafli lustra może dojrzeć diabła. I nie wiem czy to ja już mam być tak brzydka, czy mój pierworodny ma oglądać stwory nadprzyrodzone. Jeśli je widzi, to może nie wyginająca mama go bawi, ale rogaty kocmołuch?
Przez pierwsze 1,5 miesiąca nie zdarzyło nam się wyjść na spacer, abym nie usłyszała: „zawiąż na wózku coś czerwonego, bo ktoś zauroczy”. Traf chciał, że w drugim miesiącu ciocia Kasia sprawiła młodemu czerwoną małpkę na sznurku, co to ma na końcu rodzaj krokodylka, aby ją doczepić. I tak ukochana małpa kołysze się nad głową Stacha w wózku ku jego uciesze. Ku mojej, skończyła temat czerwieni. Wszyscy są szczęśliwi, a najbardziej mój syn oglądając dyndającą przyjaciółkę. Śmiem twierdzić, że w poważaniu ma jakiego jest koloru.
Całkiem wesoło mi się zrobiło, kiedy jedna z moich ukochanych osób dała mi instrukcję lizania potomka. Jeśli ktoś zauroczy mi syna, powinnam go polizać po twarzy na kształt krzyża, bądź 4 stron świata – jak kto woli. Na szczęście, nikomu na ten moment strach na to nie pozwolił. Jeśli tak się zdarzy, nie omieszkam obślinić według wskazań ;) .
Dalej kontynuując, wiem, że dziecku nie obetnę włosów do pierwszych urodzin. Rodzina urwałaby nam głowę, a wnuk z pewnością miałby przez to krótki rozum. Wczoraj, kiedy M. trzymał Stacha na rękach, dowiedział się, że nie powinien długo trzymać dziecka w pozycji pionowej, bo mu się szyja skróci. Odpowiedział: „zatem z pewnością nogi się wydłużą”. Biorąc pod uwagę potencjał genetyczny po rodzicach, to niech te nogi mu się wyciągają jak najbardziej… Wspomnę, że według niektórych, dziecko zawsze, ale to zawsze powinno mieć założone rajstopy. Przykro mi synu, nie jesteś Robin Hoodem i w rajtkach non stop nie będziesz. A i matka przegrzewać cię zamiaru nie ma.
Zdecydowanymi moimi faworytami porad ludowych, są te związane z karmieniem piersią. Mleczarnię powinnam mieć przykrytą po szyję, bo uwaga – przeziębię. Piersi zaczną kichać, czy kataru dostaną? Pojęcia nie mam. Porady typu „nie pij gazowanego, bo bąbelki do mleka przejdą” są normą. Zazwyczaj odpowiadam, że jak zjadam Nutellę, to Stachu ma Nesquicka. Ewentualnie informuję, że jak Staś uderza rączką o moją pierś, to sobie śmietanę ubija. Innym rodzajem są mądrości dotyczące tego, że mleko matki jest po pewnym czasie bezwartościowe. Owszem, jeśli patrzeć z perspektywy ceny. Ja wolę określenie bezcenne. Z oburzeniem starszych pokoleń spotyka się moje stwierdzenie, że dieta matki karmiącej to mit, a ja wchłaniam wszystko. Staram odżywiać się zdrowo, ale od czasu do czasu nie pogardzę fryteczkami. A schaboszczak smażony to już obowiązkowo! Mam to szczęście, że młodemu nic nie jest, a „dieta bez diety” mamusi cieszy i ją i syna,
Teraz z niecierpliwością czekam na nową dawkę emocji związaną z rewelacjami nt. chrztu, czy pierwszych urodzin. Tak się 20150329_111035zastanawiam jak to było te kilkadziesiąt lat temu, kiedy nasze babcie nie mogły sprawdzić sobie od ręki (np. w necie) odpowiedzi na frapujące pytania. Miały wkładane do głowy mądrości, którymi teraz nas karmią. My powolutku staramy się zacząć walczyć z tymi rewelacjami. One nadal święcie w to wierzą, do tego stopnia, że atakują nas, gdy nie stosujemy tych powszechnych czarów. Czy uda się z nich zrezygnować do końca? Sama nie wiem. Może kiedyś w akcie desperacji, gdy zachoruje mi dziecko, będę przelewać surowe jajko pod jego łóżeczkiem. Wierząc w moc sprawczą nadprzyrodzonego, pomodlę się, w nadziei, że zadziała.

A na ten moment wystarczy nam nasza przyjaciółka – czerwona małpa i magia, którą Stachu ma w sobie :)

Jeśli podoba Ci się tekst poleć go dalej :) Klikaj na reklamy na głównej stronie bloga, jeśli chcesz dołożyć się do pampersów dla St(r)acha.