Padam na twarz, czyli nowa „normalność” matki.

Sam na sam – czyli pojęcie, które przestaje istnieć kiedy zostajesz rodzicem. A już w odniesieniu do matki, to zdanie wydaje się nad wyraz trafne. Sama (na pewnym etapie rozwoju dziecka) to nawet do toalety nie pójdziesz. A kiedy dzieć uśnie, zamiast wykorzystać chwilę spokoju wpadasz w romans z pralką, zmywarką, żelazkiem, lodówką, czy innym sprzętem, który woła Cię jakby bez twej ręki istnieć nie mógł. I mimo że w całym tym matczynym zamieszaniu masz urwanie głowy, to tak w zasadzie da się to lubić. Grunt to spokój i organizacja, a wszystko jest do pogodzenia. A nawet jeśli któregoś dnia los nie będzie łaskawy i drzemka potomka potrwa krócej niż zazwyczaj, najwyżej podłoga będzie się lepić bardziej niż zwykle. Od tego się nie umiera. Przecież rodzicielka ma tylko dwie ręce i nie zanosi się, aby jej więcej wyrosło.
Chociaż analizując porządnie istotę jaką jest matka, śmiem wysnuć tezę, że to hybryda opiekunki, kochanki, kucharki i sprzątaczki. W dodatku piekielnie dobrze zorganizowana, bo jeśli planu działań zabraknie, to piramida dnia idzie w łeb. To oczywiście nie przeszkadza w wysuwaniu męskich tez w stylu : „Co ty zmęczona jesteś? Przecież całe dnie siedzisz w domu”. Na nic tłumaczenia, że syn dziś zdecydował, że wstanie o 5 rano, a później pośpi 30 minut w akcie łaski dla śniadania, by potem odpaść dopiero na spacerze. Chłop wie lepiej.
Całkiem niedawno dopadł mnie jesienny blues i po przemyśleniu sytuacji, świat przestał być taki kolorowy. Od jakiś 17 miesięcy nie przespałam jednej nocy. Najpierw w ciąży pęcherz nawiązał bliską znajomość z toaletą i biegał na nocne schadzki. Później ich związek się rozpadł, by ustąpić miejsca nocnym karmieniom dziecka. I tu się ciśnie na usta : „Jakbyś dała butelkę, to by całą noc spał”. Kto wie, może i tak.  Z drugiej strony wiem, że nasze nocne ciumkania może i odbiją się na moim zdrowiu i niewyspaniu, ale i na zdrowiu Stasia. U mnie minus, u niego na plus,- równowaga w przyrodzie musi być. Na całonocne zgranie oka z poduchą, jeszcze przyjdzie mi poczekać, a skoro taki jest mój wybór, to narzekać nie wypada.
Każdy dzień przynosi rutynę, której przełamanie w moim przypadku przynosi weekend. Czekam jak na zmiłowanie na te dwa dni kiedy kalendarz życia nie idzie torem dnia świstaka. W dodatku jest szansa, że ciało i dusza złapią chociaż kilka mocniejszych wdechów, co to człowieka zinhalują na cały nadchodzący tydzień.

Zawsze twierdziłam, że trzeba pamiętać, że jak wchodzisz do domu gdzie jest małe dziecko, to świat nie wygląda inaczej… Owszem, teren jest oznaczony zabawkami, a klimat przesiąknięty oliwką, ale nadal może być czysto, schludnie, a w garze może pichcić się obiad. Tylko ten stan rzeczy jest okupiony niemałym wysiłkiem, który rozumieją tylko mamy i tatusiowie, co to oprócz ogniska domowego mają na głowie dziecko. Bywają dni kiedy brakuje sił, żeby zrobić sobie wieczorną herbatę, ale musi ich starczyć na inne baaardzo ciekawe zadania jak np. składanie pieluch, czy przepakowywanie torby juniora. Life is brutal i nikt za nas tego nie zrobi.
Realia są takie, a nie inne i jak świat światem stoi, kobiety sobie radziły. Gotując obiad, odkurzasz, wstawiasz pranie i myjesz podłogi, jednocześnie. W dodatku w 70% czasu masz na ręku dziecko i kiedy dzwoni koleżanka z radością odbierasz hasłem :„Cześć. Pewnie że mogę gadać!” W końcu ten telefon, to często wyczekiwana odskocznia od grafiku, któremu zdecydowanie brakuje spontaniczności.
Wraz z tym jak dziecko rośnie, zmieniają się obowiązki, ale nie oznacza to, że jest łatwiej. Sądzę, że pomimo atrakcji zapachowych wolę zmieniać Stachowi pieluchę, niż w przyszłości, siedzieć z nim nad pracą domową z rachunku prawdopodobieństwa. Oczywiście jak sobie pościelesz tak się wyśpisz i liczę na to, że z czasem mój syn nauczy się sprzątania, ścielenia łóżka, czy wynoszenia śmieci, by zrobić miejsce mamusi na większą ilość prania, prasowania, czy grzebania w podręcznikach, celem dokształcenia się przed sprawdzeniem lekcji.
Jeszcze teraz, kiedy jesienna aura przykrywa świat deszczem i mrokiem, często to, na co do tej pory człowiek znajdował siły, staje się męczarnią. Biegasz na mopie po zmroku, aby odkryć nad ranem, że światło dzienne jest surowym recenzentem czystości podłogi. Bardzo chcesz, aby wszystko było pięknie, ładnie, a wychodzi jak zwykle.
I to nie tak, że macierzyństwo męczy, albo zbyt absorbuje. Ono jest mega wymagające. Nie znosi sprzeciwów i wymówek. Dlatego apeluję do wszystkich tatusiów, babć, dziadków, cioć i innych Wspaniałych Bytów nawiedzających nasze domy. Odciążajcie. Nie w sprzątaniu, czy obowiązkach domowych, ale w matkowaniu. Zajmijcie się chwilę dzieckiem i dajcie nam się napić kawy „na raz”, albo usiąść przy stole z pustymi rekami. Tatusiowie, dajcie nam pospać w weekend dłużej i nie budźcie hasłem „już wstajesz?” co 15 minut. To wszystko, to dla matki taka namiastka poprzedniej normalności, tej sprzed dziecka. Ta obecna też jest fajna, tylko wymaga kondycji olimpijczyka, bo przecież wszystko trzeba wykonywać naraz i do tego w biegu. Czasami zwyczajnie może brakować tchu. Dobrze chociaż, że w tej robocie świetnie płacą – bo uśmiech własnego dziecka jest najcenniejszy na świecie.

Jeśli podoba Ci się tekst,lajkuj i  dołącz do nas na FB :)  
https://www.facebook.com/Strrachu?ref=hl
Proszę o udostępnianie ulubionych wpisów. 
Klikaj na reklamy na głównej stronie bloga, jeśli chcesz dołożyć się do pampersów dla St(r)acha